środa, 5 października, 2022

PepeTV Telewizja Polska Na Świecie

W kolorze biało-czerwonym

– Sobie samej życzyłabym, żeby liczba Polaków w Austrii przełożyła się na ich wizerunek.

Jesteśmy ciągle mało widoczni, jako wspólnota nie istniejemy – podkreśla Jolanta Róża Kozłowska,

ambasador RP w Republice Austrii, z którą spotykamy się na początku nowego roku.

 

Na rozmowę jestem umówiona w rezydencji pani ambasador. Drzwi otwiera mi blondynka o łagodnym uśmiechu

i spokojnym usposobieniu. – Dyplomacja w moim wydaniu nie jest cicha, wypowiadam się czasem głośno

i otwarcie – mówi o sobie ambasador Jolanta Róża Kozłowska.

Zacznijmy może od początku…
– Wychowywałam się w domu, w którym mówiło się o historii, zwłaszcza tej, o której szkoła nie wspominała.

Wiedziałam zatem o Katyniu, o innych ukrywanych faktach. Moje korzenie są znane: mój ojciec Jan Kozłowski

był działaczem opozycyjnym, od 1989 r. senatorem, internowanym podczas stanu wojennego. Czasy opozycji

demokratycznej lat 70. i 80. były dla mnie decydujące i to one mnie ukształtowały. Wzrastałam w środowisku

osób, o których dziś czyta się w podręcznikach historii współczesnej, znałam je osobiście, tworzyliśmy wspólnotę,

mieliśmy poczucie bycia odtrąconym przez system. Ale ja już to Państwu opowiadałam, nie chcę się powtarzać

(wspomnienia pani ambasador z okresu Sierpnia ‘80 publikowaliśmy w Polonice nr 280, wrzesień/październik

2020 r., są też dostępne na stronie www.polonika.at –przyp. red.).
Wydarzenia te głęboko zapisały się w mojej pamięci, gdyż bezpośrednio w nich uczestniczyłam i towarzyszył im

cały wachlarz emocji. Wybór Polaka, Kardynała Karola Wojtyłę na Papieża i powstanie Solidarności to chwile

niezwykłego uskrzydlenia, zaszczepienia nadziei w sercach milionów Polaków. Społeczeństwo skupione wokół

wspólnej idei wyjścia z komunizmu okazało się dojrzałe i zdyscyplinowane. W chwili zagrożenia oraz w chwili

euforii wykazało się odpowiedzialnością za sprawy wspólne, za sprawy Polski. Moje pokolenie zorganizowało się prężnie,

tworząc Niezależne Zrzeszenie Studentów, jego członkom marzyła się nie tylko transformacja społeczno-gospodarcza,

ale przede wszystkim transformacja ducha uniwersyteckiego, placówek naukowych, które już z racji swej nazwy

miały dawać uniwersalną wiedzę, czyli nienaznaczoną piętnem jedynie słusznej ideologii.
Państwowe Liceum Muzyczne im. F. Chopina ukończyłam w Krakowie, studia muzyczno-pedagogiczne podjęłam

najpierw w Kielcach, potem kontynuowałam w Lublinie i w Niemczech.

Czy dotknęły Panią osobiście represje?
– Byłam w pewnych okresach inwigilowana, szykanowana, aresztowano mnie dwukrotnie na 48 godzin w związku

z procesem mojego ojca. Podjęłam głodówkę i wylądowałam w szpitalu w Tarnobrzegu. Relegowano mnie dwukrotnie

z uczelni z zakazem studiowania na uczelni publicznej. W 1980 roku przywrócono mi prawa studenckie na mocy

postulatów solidarnościowych, tzw. Porozumienia Gdańskiego. Studia na kierunku wychowanie muzyczne mogłam

kontynuować na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Późną jesienią 1981 roku komitet strajkowy

NSZ UMCS (byłam jego członkiem), jak większość uczelni, zorganizował strajk okupacyjny trwający kilka tygodni,

a zakończony konferencją rektorów uczelni. Poczuliśmy moc oraz jedność z robotnikami i innymi grupami społecznymi,

ich cele i idee znalazły się też w naszym programie. Zakończyło się to wszystko stanem wojennym, 13 grudnia 1981 r

. To był cios, który zamknął nam usta: odebrano nam prawo do życia w normalności, złamano kariery, zagrabiono

podstawowe wolności człowieka i narodu.
Grudzień 1981 był też z mojego rodzinnego punktu widzenia dramatem. Dwa tygodnie grozy stanowiły dla mnie

ogromnie ciężką lekcję historii społecznej. A potem nadeszły najsmutniejsze święta Bożego Narodzenia w życiu.

I pod koniec 1983 roku wyjechała Pani z Polski.
– Paszport dostałam tylko w jednym celu: aby umożliwić władzy wypchnięcie z Polski mego ojca. Mój ojciec

jednak nie chciał wyjeżdżać z kraju, dla niego ważne było bycie u siebie w domu i działanie na rzecz ludzi na wsi,

rolników, skupionych w niezależnej Solidarności Wiejskiej, w stanie wojennym działającej w ramach

Duszpasterstwa Rolników. Wyjechałam do Niemiec na 3 miesiące, zostałam 9 lat. Ale nie byłam materiałem

na emigranta: wyjechałam z zamiarem powrotu do kraju, nie ubiegałam się o azyl, nigdy nie było to moją intencją.

Immatrykulowałam się na uczelni we Fryburgu i skończyłam drugie studia: etnologię, oraz muzykologię i historię.

Jeszcze w trakcie studiów mocno działałam w Deutsch-Polnisches Zentrum i GFPS, które współzakładałam,

koordynującym wymiany studenckie i stypendialne na rzecz polskich studentów w Niemczech.
Fryburg stanowił wówczas jeden z punktów przerzutu niezależnych książek i „bibuły” w samym apogeum działalności,

które przypadło na lata 1984–1989. Poznałam też wiele osób z Radia Wolna Europa, byłam zresztą dwukrotnie

w jego siedzibie w Monachium, za co wtedy groziło w PRL-u co najmniej kilka lat więzienia.

Los sprawił, że wróciła Pani do Monachium jako pracownik polskiego MSZ.
–W Monachium w Konsulacie Generalnym RP spędziłam dobre, piękne lata jako wicekonsul, konsul od 1994 roku,

a następnie konsul generalna w latach 1998–2002. Był to okres budowania na nowo relacji Polski ze społecznością

niemiecką w landach Badenia-Wirtembergia, Bawaria. Fascynująca była praca u podstaw, budowanie od zera

pionierskich kontaktów z instytucjami niemieckimi. Pamiętajmy, że Konsulat Generalny w stolicy Bawarii wznowił

swoją działalność dopiero w 1993 roku, ostatni konsul generalny opuścił miasto w 1939 roku. Zatem przez ponad

50 lat oficjalnych przedstawicieli Polski tam właściwie nie było. Ale ciekawe, że żyła pamięć o związkach historycznych

z Polską, z Monachium wywodzi się też słynna monachijska szkoła malarstwa polskiego. Od połowy XIX wieku

do lat 30. XX wieku ponad 300 artystów z terenów polskich przewinęło się przez Monachium i Bawarię, m.in.

ma tu swój grób Maksymilian Gierymski.

Od jesieni 2017 roku piastuje Pani funkcję ambasadora Rzeczypospolitej Polski w

Republice Austrii. Lata spędzone w Wiedniu składają się z pewnością na barwną historię.

Jak ocenia Pani ostatnie 4 lata?
– Przyjeżdżając tu, do Austrii, nie wiedziałam za dużo o ludziach, ich mentalności etc. Byłam jednakowoż

pewna, że kawa musi mieć dobry smak, a z racji wcześniejszych kontaktów z czasów monachijskich znałam

jedynie okolice Salzburga i Tyrolu. Każdy chce zostawić po sobie ślad, także ambasador szuka intuicyjnie

obszarów, z którymi ma więź emocjonalną. Dla mnie, muzyka z wykształcenia, niepracującego w swym

zawodzie etnologa, Wiedeń nazywający siebie światową stolicą muzyki to pierwszorzędny adres. Z satysfakcją

znajduję tu potencjał dla polskich artystów muzyków. Konserwatoria i sale koncertowe Wiednia,

Salzburga i Grazu przyciągają setki młodych Polaków na studia muzyczne. W całym kraju nie ma też chyba

poważniejszej orkiestry bez muzyka z Polski lub z polskimi korzeniami. W innych dziedzinach kultury i nauki

również promujemy współpracę – program wymiany studentów Erasmus. Polska posiada w Wiedniu placówkę

PAN-u, Instytut Kultury. Polacy w Austrii dobrze się integrują, polska wspólnota wtapia się bezproblemowo,

niektóre grupy zawodowe dobrze odnalazły się na rynku usług.

Szczególnie leży Pani na sercu sprawa właściwego upamiętnienia polskich ofiar niemieckiego

nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Gusen. Jaki jest stan na dziś i jakie są szanse na

osiągnięcie porozumienia w tej sprawie z Republiką Austrii?
– Rozliczenie z przeszłością to niezwykle istotna, a niezakończona sprawa. W powszechnej świadomości funkcjonuje

upamiętniony obóz w Mauthausen, lecz stanowił on jedynie obóz główny dla kilkudziesięciu jego podobozów.

Jednym z nich był obóz zagłady Gusen. To swoisty drugi Katyń dla polskiej inteligencji, niesprawiedliwie skazany

na zapomnienie. Polacy stanowili najliczniejszą część więźniów i ponieśli największe straty. Uratować od zapomnienia

chcieli go byli więźniowie i teraz ich potomkowie. Niewątpliwie zauważamy obecnie postęp i należy to odnotować,

że obecny rząd zapisał w umowie koalicyjnej sprawę zakupu resztek obiektów i parceli byłego obozu Gusen.

Pozostały wciąż dwa obiekty do wykupu: Jourhaus – willa komendantury, oraz dwa murowane baraki więźniów.

Społeczność międzynarodowa, złożona z przedstawicieli Francji, Włoch, Luksemburga, Hiszpanii, Słowenii,

Niderlandów, Izraela, Ukrainy, Polski i innych krajów, powinna zadecydować o koncepcji, wyglądzie i statusie miejsca,

gdyż jej zdaniem moralnie należy ono do społeczności międzynarodowej. Jest to również moja misja jako ambasadora,

zobowiązanie wobec dwóch pokoleń potomków ocalonych z zagłady. Jest to też nasz polski priorytet, gdyż najlepsze

relacje buduje się wyłącznie na prawdzie, zwłaszcza gdy ta dotyczy krzywdy ludzkiej. Chcę podkreślić, że my Polacy

niczego sobie nie uzurpujemy, domagamy się godnego upamiętnienia przeszłości w imię prawdy historycznej

i zadośćuczynienia za zbrodnie, ku przestrodze dla przyszłych pokoleń. Tak długo żyjemy, jak długo żyje

po nas pamięć.

Spotykamy się w okresie noworocznym. Jakie życzenia składa Pani za naszym

pośrednictwem swoim Polakom w Austrii i rodakom w Polsce?
– Na Nowy Rok życzmy sobie nieustająco zdrowia, bo jest najcenniejsze. Niech to będzie pomyślny rok dla

budowania czegoś pozytywnego zarówno w wymiarze indywidualnym, osobistym, jak i zawodowym.

Zatrzymajmy się na chwilę refleksji.
Dbajmy o nasz wspólny wizerunek, reagujmy, gdy jesteśmy niesłusznie oceniani, nie bójmy się obalić krzywdzące

nas opinie. I zachęcajmy Austriaków do odwiedzania Polski. W ten sposób na podstawie osobistego doświadczenia

kształtowany jest obraz kraju i jego mieszkańców.
Byłoby dobrze, gdyby liczba Polaków w Austrii przełożyła się na wizerunek. Jesteśmy w liczebnej czołówce narodowości,

ale nie pod względem potencjału, który mógłby z tego wynikać: obecności w życiu polityczno-społecznym, nauce,

biznesie, etc. Jesteśmy ciągle mało widoczni jako społeczność, niezorganizowani, zbyt skłóceni i niesolidarni. Mamy

wciąż kompleks biedniejszego obywatela Europy.
Cieszy mnie natomiast rosnąca rzesza polskich studentów na tutejszych uczelniach, powroty do języka, kultury,

a nawet kraju rodziców – młodych osób urodzonych w Austrii.
Niech młode pokolenie ma poczucie, że są momenty, w których należy się wspólnie zaprezentować pod znakiem

biało-czerwonej. Ambasada nie ma koloru partii politycznych, ma kolor biało-czerwony.

Rozmawiała Anita Sochacka, Polonika nr 288, styczeń/luty 2022

Ostatnio oglądanE

Ostatnie tematY

Loading...