poniedziałek, 26 września, 2022

PepeTV Telewizja Polska Na Świecie

Rektor Cambridge: to dla mnie ważne, by podtrzymywać kontakty z Polską

Chociaż Polskę odwiedził po raz pierwszy, kiedy miał ponad 30 lat,
to zależy mu, by podtrzymywać kontakty z naszym krajem. O życiu
syna polskich emigrantów i o współpracy międzynarodowej z
uczelniami opowiada w rozmowie z PAP prof. Leszek Borysiewicz,
rektor Uniwersytetu Cambridge.
Prof. Leszek Borysiewicz jest synem polskich emigrantów, którzy w Wielkiej Brytanii osiedlili się po II wojnie światowej. Chociaż urodził się w Cardiff w Walii (w 1951 r.), to biegle mówi po polsku. Badania prowadzone przez prof. Borysiewicza dotyczą nowych szczepionek, np. na raka szyjki macicy. Borysiewicz dawniej kierował wydziałem lekarskim Imperial College London i zasiadał we władzach tej uczelni. Do roku 2010 był dyrektorem generalnym Medical Research Council. Od 1 października 2010 r. jest vice-chancellorem Uniwersytetu Cambridge.
ice-chancellor to w Cambridge odpowiednik polskiego rektora. Wybierany jest na 7 lat i pełni najważniejsze funkcje akademickie i administracyjne.

PAP: Jak wygląda współpraca naukowa Uniwersytetu Cambridge z Polską?

Leszek Borysiewicz: Wiem, że nie tylko Cambridge, ale i dwa inne uniwersytety w Wielkiej Brytanii prowadzą zorganizowaną współpracę z Polską. Nasz uniwersytet prowadzi taką współpracę z sześcioma uczelniami w Polsce. System Cambridge jednak niczego nie dyktuje. Tak więc każdy badacz może dodatkowo sam podjąć współpracę z zagranicznym ośrodkiem – również i w Polsce.

PAP: A jeśli pan patrzy na polską naukę, to w czym jesteśmy rozpoznawani na świecie?

L.B.: Polacy są dobrze oceniani w wielu dziedzinach: w fizyce, matematyce, chemii, także w
biologii. I nie chodzi tu tylko o badania prowadzone w Polsce, ale również prowadzone przez
studentów i badaczy, którzy wyjechali z kraju i pracują na innych uczelniach, a także przez osoby o
polskim pochodzeniu.

PAP: Skoro mowa o polskim pochodzeniu, to chciałabym porozmawiać również o panu. Czy start w życie jako syn polskich emigrantów był dla pana łatwy?

L.B.: Trudno powiedzieć. W latach 50. było ciężko, bo kiedy mówiło się po polsku, każdy myślał, że mówi się po rosyjsku. Dzieci żartowały: „jesteś szpiegiem rosyjskim”. Ale bardzo szybko
stwierdziłem: to co z tego, że jestem trochę inny. Niektórym dzieciom emigrantów taka myśl nie
pasowała. Ale mi wcale nie zależało na tym, żeby być takim, jak wszyscy. Później – od dziesiątego
roku życia – już nie odczuwałem większych różnic, jeśli chodzi o moje pochodzenie.
Jednak np. z tym, że „dziwnie” się nazywam, związana jest pewna historia. W Wielkiej Brytanii
nazywano mnie Borys. Nie jestem Borys, ale w szkołach brytyjskich każdy był nazywany po swoim
nazwisku. Nauczyciele nie mogli wymówić całego mojego nazwiska, więc wymawiali tylko jego
początek: “Borys”. I tak już się utarło.

PAP: Ale może ten niestandardowy start sprawił, że był Pan bardziej zmotywowany do osiągnięcia
czegoś ważnego?

L.B.: Tego nigdy nie wiadomo, ale szczerze w to wątpię. Nie przeszkadzało mi to, że rodzice byli
emigrantami. Może miałem szczęście, że nie miałem z tym problemów.

PAP: Jak, w Pana oczach, się zmieniła emigracja w Wielkiej Brytanii?

L.B.: Język polski jest tam teraz bardzo rozpowszechniony. Nigdy nie myślałem, że będę mówił w
języku, który jest drugim najbardziej popularnym językiem w Wielkiej Brytanii. Mieszkamy z żoną
na Ealing, gdzie jest jedna z największych Polonii w Wielkiej Brytanii. Wymieszani są tam ludzie
różnych narodowości: Brytyjczycy, Polacy, Hindusi. Jednak żadnych trudności tam nie widzieliśmy.
Wydaje mi się, że Polacy, którzy mieszkają w Wielkiej Brytanii nie odczuwają niechęci ze strony
obywateli Wielkiej Brytanii.
Problemów nie mają też polscy studenci, którzy chcą uczyć się na brytyjskich uczelniach. Jednak
trzeba przyznać, że osoby spoza Unii Europejskiej, z Indii czy z Chin, miewają trudności, jeśli
chodzi o możliwość przystąpienia do studiów.

PAP: A czy osobiście zauważa Pan, że w Wielkiej Brytanii jest teraz więcej Polaków niż dawniej?

L.B.: Tak, zwłaszcza w Londynie. Kiedyś można było mówić w metrze po polsku i nikt nie rozumiał,
o czym się mówi, dzisiaj trzeba się rozglądać (śmiech). Z żoną mówimy w metrze po walijsku.
Dużo mniej osób mówi po walijsku niż po polsku. Jeśli chodzi o mój język, to nie mówię po polsku bezbłędnie, bo pierwszy raz w Polsce byłem dopiero w 1987 roku. Teraz moje wizyty są częstsze. Również dzięki temu, że jest coraz większa współpraca między Cambridge a uniwersytetami w Polsce. To dla mnie ważne, żeby kontakty z Polską podtrzymywać.

PAP: Ale chyba nie myśli Pan profesor, żeby tu wrócić?

L.B.: Gdybym miał gdzieś „wrócić”, wróciłbym do Walii, bo tam się urodziłem. Moja żona nie mówi po polsku, więc byłoby jej w Polsce bardzo ciężko.

PAP: Ale może kiedyś skusiłaby Pana oferta jakiegoś polskiego uniwersytetu?

L.B.: Na razie jestem bardzo zajęty…

W Cambridge rozmawiała Ludwika Tomala, Polska Agencja Prasowa

Ostatnio oglądanE

Ostatnie tematY

Loading...